Napisane przez: Jędz@ | 23 listopad 2009

Nie mam się w co ubrać!

To niestety szczera prawda. Nie mam się kompletnie w co ubrać. Moja tzw. garderoba, to zbiór beznadziejnych, niedopasowanych, nieatrakcyjnych sztuk odzieży pospolitej. Gok na pewno wszystko to by powyrzucał, mrużąc oczy oraz otrząsając się ze wstrętem i kazał kupić nowe. Jestem o tym przekonana.
Poza tym zginęły mi buty. Wiem na pewno, że akurat tych mój prawie amstaff nie pożarł (jak 9 innych). Chyba, że pożarł w całości, sprzątając po sobie okruszki. Istnieje taka możliwość.

W piątek poczułam w sobie niemoc wielką oraz dreszcz temperatury. No to zapobiegliwie zapobiegając wszelkim świńsko-ptasio-krowio-słoniowym grypom umieściłam swe zbolałe ciało na kanapie. W charakterze termoforu wystąpił laptop oraz skończyłam wszystkie sezony “Dextera”.
Było cudnie, seryjny zabójca i ja. A reszta świata jakby za mgłą.
Macie tu proszę namiastkę, czyli czołówkę:

Na zakończenie, Drogie koleżanki i koledzy, proszę o szczerą poradę. Czy wg Was powinnam wymienić garderobę? W całości?

Z góry dziękuję za życzliwe uwagi.

Wasza

Jędz@

Napisane przez: Jędz@ | 15 listopad 2009

Koniec świata

Trzęsący Tyłek przegrał! Nie zgadzam się! Taką wiarę pokładałam w jej pośladkach. Pierwszy raz w życiu w pełni zgadzałam się z Panią Foremniak. Ta kobieta reprezentowała WOLNOŚĆ! Wolność ducha i ciała. Zwłaszcza ciała. Zwłaszcza pośladków.
Jestem w rozpaczy.

Postanowiłam zrobić ognisko i upiec na kijach kiełbasę. Nic to, że drewno mokre, nic to że zimno, nie ma tak, żeby jakaś aura na postanowienie wpływała. Mokre się wysuszyło, zapaliło, kiełbasy się upiekło i były pyszne. A ty człowieku małej wiary, zapomniałeś już, że poślubiłeś czarownicę?
Biegnę dalej, dzisiaj mam zamiar obejrzeć jak zginę w 2012 roku.
Miłego dla was.
Bądźmy w kontakcie.

Jędz@

Napisane przez: Jędz@ | 31 październik 2009

Czarownica jędzowata

Zawsze wiedziałam, ze jestem czarownicą… Pierwszy symptom…. A nie, zacznę inaczej.
Ostatni symptom – jadę sobie z dziecięciem, samo centrum miasta… Ruch na ulicy jak jassssna cholera. skręcam sobie z podporządkowanej, ruszam żwawo, bo mam wolne, a tu nagle, zaraz za skrzyżowaniem lezie ulicą BABA. Mówię lezie, bo lazła jak krowa, powoli, posuwiście, żrąc loda i starannie unikając patrzenia na lewo, skąd zbliżała się do niej śmierć w postaci rozpędzonego autka.
Nożeszkurfamać!!!!
Całe szczęście, że na mnie trafiło, bo genialnie prowadzę i nie zabiłam baby. A jakby tak trafiło na tego co rusza z piskiem opon i kark ma równy z głową??? Przez zamkniętą szczelnie szybkę rzuciłam w kierunku baby wiązankę barwną, nie bacząc na uszy progenitury siedzącej z tyłu na foteliku obute w słuchawki. Każdy mądry wie, że kierowca bluzgnąć czasami musi, bo czasami gdzieś parę trzeba spuścić i lepiej, żeby to nie był pedał gazu. Wiązanka puszczana przeze mnie, poza diagnozą stanu umysłu baby zawierała też najserdeczniejsze życzenia… No wiecie… No i baba w tym momencie dochodząc do krawężnika, jak nie zahaczy, jak się nie potknie, jak nie padnie na tors z lodem na klatce piersiowej! Było się narażać czarownicy się pytam?

A wszystko zaczęło tak jak się to zwykle zaczyna. Urodziłam się jako posiadaczka tzw. czepka na głowie. W sensie dosłownym. Takie coś z błony płodowej co to się powinno rozpaść przy porodzie, ale czasami, bardzo rzadko się nie rozpada. O takich jak my, mówi się “w czepku urodzeni”. Zaraz po urodzeniu, znaczy jakieś 3 miesiące później rozejrzałam się już po świecie i stwierdziłam, że ja jednak rezygnuję, wolę na tamten… Ale nie, Matka się uparła, to co, że wszyscy położyli na mnie lagę, że autorytety jej wciskają, że już nic ze mnie nie będzie. Matka ma charakter, co jej tu będzie gówniara rządziła w życiorysie. Sprowadziła lekarkę do domu, siedziały przy mnie 3 dni i trzy noce, po których byłam zmuszona zmienić zdanie i zostać na tym łez padole. Lekarka ponoć wzięła mnie na ręce, podniosła i powiedziała: “normalna to ty dziewczyno nie będziesz”.

Nie będę opisywać różnych ciekawych zdarzeń, które doprowadziły mnie do wniosku jak we wstępie, ale opowiem o jeszcze jednym.

Matka miała w pracy przełożoną. Jak większość przełożonych stanowiła ona przykład niczym niezmąconego braku rozumu. I ta przełożona, poinformowana przypadkiem, do jakiej to dalszej edukacji zabiera się Jędzunia, powiedziała do Matki takie słowa “no ja nie wiem Pani Matko, czy córka sobie tam poradzi, bo wie pani, inteligencja, to jest dziedziczna” (urocze, prawda?). Bluzgnęłam sobie wóczas solidnie i również złożyłam tej pani najserdeczniejsze życzenia. I co? I po odpowiedniej edukacji oraz po właściwym czasie, to ja zostałam przełożoną tamtej przełożonej. Szkoda tylko, że Matka już na emeryturze.

Nie ma tu grama ściemy, wielokrotnie się sprawdziło, moje najserdeczniejsze życzenia się spełniają w sposób nierychliwy, bądź też natychmiastowy (patrz – lody na gorsie). Dzisiaj jeszcze nic nikomu nie życzyłam.

z NAJSERDECZNIEJSZYMI życzeniami

Jędz@

Napisane przez: Jędz@ | 28 październik 2009

Epokowe dzieło, czyli słoń tyłem.

Odczułam potrzebę stworzenia dzieła.
Najlepiej epokowego, monumentalnego, takiego dla potomnych.
Jeszcze nie wiem co to będzie, na razie gromadzę natchnienie i te, no, moce twórcze.
Owszem, natchnęła mnie Charmee, która również odczuwa potrzebę tworzenia, z tym, że ona chce być romantyczna. Ja niekoniecznie.
Bo po człowieku coś powinno zostać, a czuję, że mój koniec bliski. Znaczy mam już bliżej niż dalej, więc muszę się sprężyć.
Od kilku tygodni tak we mnie nabrzmiewa, ale nadal nie mam pomysłu. Bo jednak skłaniam się do dzieła literackiego. Malarstwo owszem, tylko, że ja potrafię namalować jedynie słonia tyłem i ptaszka w locie. To może mi jakby braknąć talentu na dzieło, szczególnie epokowe.
A takie dzieło literackie, jak najbardziej jest w moim zasięgu. Wciąż tylko się waham. Czy ma to być krwawy thiller o seryjnym mordercy, zwiewny i subtelny romans, czy może powieść współczesna politycznie zaangażowana?
Bardzo Was proszę, szanowni Czytający o poradę w tej kwestii. W jakim gatunku literackim, wg was mam największe szanse na dzieło?
A jak już stworzę i będę sławna oraz bogata, to na pewno się jakoś odwdzięczę. Nie wiem, może egzemplarz dzieła, z własnoręcznym autografem, albo odjechany w kosmos żyrandol w celu zadawania szyku.

Wasza natchniona

Jędz@

Ps. Mniej więcej tak potrafię namalować słonia. Tylko, że tyłem.
To jak myślicie?

Napisane przez: Jędz@ | 23 październik 2009

Sport ekstremalny.

Zmiany, zmiany, zmiany. Wszędzie zmiany. Weźmy choćby taki sport. Do niedawna sport dla mnie to było samo zło. No i czasami mecz siatkówki w TV. A dzisiaj? Już planuję zimowe szaleństwa na nartach. Zapewne w moim wykonaniu to będzie głównie ćwiczenie upadków, ale i na to się cieszę. A wczoraj to już wogóle przegięłam i poszłam w sport ekstremalny.
Jakoś tak się złożyło, że od dawna nie korzystałam z usług komunikacji miejskiej. A to sąsiad bryczką podrzucił, a to rowerem, albo moją dumą i chlubą (Polonez Atu gaz/benzyna) się podjechało i jakoś tak zeszło. Ale każdy, nawet najlepszy wóz czasami wymaga drobnych napraw i konserwacji, tak więc i moja duma i chluba na kilka dni utknęła w warsztacie.
Cóż było robić, pomodliwszy się uprzednio o siłę do bogów komunikacji miejskiej, udałam się na tzw. przystanek autobusowy.
Od początku było śmiesznie, bo okazało się że nie istnieje już coś takiego jak bilet autobusowy. Pani w kiosku spojrzała na mnie dziwnie i wyniośle poinformowała, że tera to się jeździ na kartę. A jednorazowy to se można u kierowcy kupić. Łaaaaaaał, na kartę!
No dobra, karty nie mam, ale kierowca był i sprzedał jednorazowy. Niepewnie przesunęłam się w głąb autobusu, cały czas ściskając nerwowo torebkę (złodzieje) i przytrzymując się rurki (trzęsie i nie ma wolnych miejsc siedzących) oniemiałam po raz drugi.
ŁAAAAŁ! W autobusie komunikacji miejskiej zamontowano telewizory!!!!
Znaczy takie ekrany podsufitne. Ale czad! Wprawdzie dość monotonny program mają, ale zawsze coś tam miga. Program w całości składa się z dwóch reklam – zakładu komunikacji miejskiej i firmy oferującej nagrobki granitowe. Zakład, nagrobki, zakład, nagrobki…. i tak na zmianę, nawet to się nieźle komponuje. A dookoła tłum spoconych, kaszlących, kichających ludzi. I każdy może być złodziejem, albo uszczypnąć mnie w tyłek. No nie, tyle emocji od samego rana. Powiem wam, naprawdę miałam poczucie, że uprawiam jakiś ekstremalny sport pt.”Jak przetrwać w autobusie i w dodatku dojechać”.
Przetrwałam, dojechałam i jestem z siebie dumna. Jak tak dalej pójdzie, to aż strach pomyśleć na co zdobędę się wiosną. Może w końcu skoczę na bandżi? Albo upiekę szarlotkę? Kto wie?

Wasza ekstremalna

Jędz@

I pieśń na dziś:

Napisane przez: Jędz@ | 20 październik 2009

Blondynka do kwadratu

Jak zapewne wszyscy wiecie (można się zresztą dość łatwo domyślić) jestem blondynką naturalną.
By tę swą niewątpliwą zaletę jeszcze podkreślić, stosuję od czasu do czasu różne specyfiki nawłosienne, do niedawna z dużym powodzeniem. Do wczoraj dokładnie. Wczoraj bowiem postanowiłam stać się blondynką bardziej radykalną, taką na full i w dodatku samodzielnie, bez pomocy fryzjera, BO TAK!!!! (niektórym się tak objawia PMS)
No to się kurna stałam! Całkiem spokojnie spłukałam czerep rubaszny z farby i pogodnie, bardzo zadowolona z siebie, dumna z zaoszczędzonych pieniędzy (nie wydałam na fryzjera, nie?), zerknęłam w lustro.
Ożeszkurwajapierdole!!!!!!
Jeszcze się usiłowałam pocieszyć, że jak wysuszę, to nie będzie tak źle.
Było tylko gorzej.
Jestem jaskrawo-jasno-żółta i dzisiaj z krzykiem szukam fryzjera, który uratuje mój wizerunek, czy co tam z niego zostało. Na razie siedzę w pracy i składam gorące podziękowania Szanownemu Zarządowi, Panu Bogu i Partii, że wyrosłam już z czasów, gdy dzieliłam z kimś pokój. W takim stanie ducha i ciała i w takiej fryzurze, zdecydowanie potrzebuję samotności. I obiecuję, nigdy więcej nie dać się omamić i gdy znowu poczuję chęć do zmian, a zwłaszcza w czasie, gdy kobieta robi się NIECO nerwowa, zmienić najwyżej wazon. Albo rozmieszczenie obrazów na ścianie, no góra lakier do paznokci.
A w załączeniu, na specjalne życzenie niektórych przeuroczych czytelników zdjęcia jędzowatego inwentarza, czyli żywiny, jak mawiała moja nieodżałowana babcia ukrainka.

Jadwiga Dostojna – wypoczynek:

Jadzia

I prawie amstaff przy ulubionym zajęciu (to w zębach to resztka skarpetki, czyli codzienne pożywienie):

P7170330

Maniek już był, zatem
do następnego razu,

Blondi Jędz@

Napisane przez: Jędz@ | 16 październik 2009

Z kosmitami i prorokami trzeba uważać

Nigdy, ale to przenigdy w swym życiu nie byłam tak zapobiegliwa w kwestii zapasów zimowych jak w tym roku. Ja nie wiem, może to jakiś znak, albo objaw. W każdym razie pojechałam po bandzie i w zeszłym tygodniu nabyłam drogą kupna nowego laptopika. No to w sumie dość oczywisty zapas na zimę, co nie? Bo jak tu zimowy wieczór bez filmu on – line, albo poranek bez wiadomości z Onetu spędzić? Śliczniusi on jest, w sensie, że laptopik oraz wszystkomający i wszystkorobiący. Założę się, że potrafi też parzyć kawę, tylko jeszcze nie doszłam do tego jak. Ale dojdę. Wczoraj udało mi się wreszcie połączyć go nierozerwalnym więzem z ruterem, bez pomocy kabla, a jedynie z pomocą czarów. Bo czy jakieś fale przekazujące internet bez kabla to nie czary? Przecież wszystko musi mieć kabel, nawet taki prąd.
Oraz zima przyszła zła i okrutna jak car.
Z tej okazji mamy w końcu namacalny dowód, iż nasz ulubiony, czcigodny kolega Mamoń Wielkim Prorokiem jest. Przewidział, jakby przy tym był, że będzie śnieg po kostki i zrobi się kryzys, zapaść i kataklizm. Białe gówno doszczętnie zasypało wszystko, stanęły samochody, prąd przestał płynąć, jednym zabrano wodę, innym dowalono w nadmiarze. Ludzie popędzili do tesco wykupywać masowo cukier, świece i konserwy. A my, ostrzeżeni przez Proroka spokojnie zagłębieni w fotelach, z kanapką z tyrolską, czujemy się dostatnio i bezpiecznie.

Ps.
Przebrzydły kosmito, który opanowałeś ciało naszej najmilejszej Agnieszki, WON! Ale to raz, raz, raz! Zgiń, przepadnij i wracaj do siebie!
A Ty Chylińska walcz! Nie poddawaj się, bądź twarda! Bo kto jak nie Ty?
Dowód:
To Nasza Agnieszka –

A to przebrzydły kosmita -

Z głęboką troską w drżącym głosie

Jędz@

Napisane przez: Jędz@ | 7 październik 2009

Żmija na własnym łonie

Szpilek nie nabyłam. Nabyty obuw ma obcas o grubości takiej, że szpilka traci swą szlachetną linię, ale nie szkodzi i tak jest piękna (w sensie, że linia). A potem całkiem z zaskoczenia i podstępem zostałam wyciągnięta przez dzieci na “małe” zakupy odzieżowe. Pierwszy raz w życiu cieszyłam się, że zapomniałam zabrać karty, a gotówka mi się już skończyła. Dziecinki ukochane osiągnęły spokój, dopiero pozbawiwszy mnie do reszty zawartości porfela. Po czym otarły zęby ociekające jeszcze mą krwawicą i dały się zaciągnąć do domu.
Padłam bez życia, przełknąwszy uprzednio łzę z rzęsy (proszę, niech ktoś każe powtórzyć to zdanie jakiemuś angolowi, czy innemu włochowi), powstałą z żalu za oddalającą się wymarzoną zaplanowaną piżamką w lokomotywki.

Podczas, gdy starsza przymierzała wszystkie zakupione zapasy zimowe, z młodszą ucięłam sobie uroczą pogawędkę:

- Wiesz mamuś, ja to jestem chyba podobna bardzo do tatusia.
- Tak dziecko, jesteś.
- Mam takie same oczy i uszy, i nos… A co ja właściwie mam po tobie?

Już miałam odpowiedzieć, że inteligencję, czy też wymyślić inne kłamstwo, a ta mała żmija mnie uprzedziła:

-Wiem! Po tobie mam gruby brzuch!

No żmiję na własnym łonie wyhodowałam!

Wasza zrozpaczona

Jędz@

I jeszcze w peesie dołączę moją ostatnią ulubioną pieśń:

Napisane przez: Jędz@ | 5 październik 2009

Uwaga! Idzie zima!

Zima nadchodzi. Czujecie ją? Ja ją czuję zwłaszcza poprzez zakończenia czuciowe na półkach z przetworami oraz dzięki wyraźnej zmianie w okolicach tzw. oponki nabrzusznej, która to oponka samoistnie tworzy się wokół mych narządów wewnętrznych, w celu ich chronienia przed zimnem zimą. A więc zdrowa jest i pożądana, i tej wersji się będę trzymać, a kto ma inne zdanie, ten ma w ryj.

Ponieważ wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zima srogą będzie, postanowiłam zaopatrzyć się w konieczne do ochrony przed zimnem w zimie utensylia. Na początek w pewnym sklepie dla szwedzkiej biedoty nabyłam kołderkę. Ale nie byle jaką, taką full wypas, wielkości przeciętnego dywanu, wypełnioną w środku cudownie lekkim puchatym puchem z ptaszków biednych zamordowanych.
Do tego nowe podusie, skonstruowane przez NASA specjalnie dla osób śpiących na boku.
Do kompletu kupiłam sobie nowe talerzyki przeróżne i kubeczki, i świeczki, bo jeszcze zielonych nie miałam, a ładnie się z tą nową pościelą będą komponować w zimie. To w sumie chyba logiczne jest.
Dzisiaj jestem zmuszona wyruszyć na poszukiwania innych niezbędnych utensyliów, poczynając od brązowych szpilek, najchętniej zamszowych, a na puchatej pidżamce w lokomotywki kończąc. Albo nie kończąc, jeszcze się zobaczy.

A z bieżączek to doniosę Wam, że mej córki szczur domowy został awansowany ze stanowiska potwora oślizłego, na stanowisko miłego zwierzątka domowego, mało uciążliwego, o imieniu Maniek. Karmię go osobiście, poję oraz noszę na swym własnym ramieniu. On ze swej strony odwdzięcza mi się jak narazie jedynie dzikim tańcem radości wokół miseczki z jedzeniem. Ale mam w planach nauczenie go aportowania oraz dbania o higienę pod meblami. Tylko jakoś muszę wytłumaczyć Jadwidze, że w tym domu koty nie zjadają szczurów, podobnie jak psy nie zjadają kotów, a ludzie psów. Żywimy się głównie świniami i ptakami, ale to pewnie też do czasu…
I tym kulinarnym akcentem
Wasza
Jędz@

Napisane przez: Pan Księżyc | 31 sierpień 2009

Misio i łatwowierność Jędzy.

Jędzuś to pewnie myśli że można panu o zachrypniętym głosie dać łom do ręki postawić przed witryną sklepu monopolowego i liczyć na to że się nic nie stanie.

Otóż nie można, Na skutek nieprawdopodobnego zbiegu nieoczekiwanych okoliczności dostałem uprawnienia i nie odmówię sobie przyjemności żeby z nich nie skorzystać.

Tak więc, widzę że Jędzuś stara się tu mieć blogasia pogodnego i lekkiego z akcentami jednoznacznie humorystycznymi. Żeby Jędzuni za bardzo nie wchodzić w paradę obiecuje że nie napiszę słowa o seksie ani inny zboczeniach z seksem związanych.

Ostatnia nocia Jędzy była o zwierzęciu. Ja też bardzo lubię zwierzątka, szczególnie kotki. Kotki wprawdzie zjadają szczurki, ewentualnie bawią się nimi zamieniając ich krótką chwilę śmierci w wielogodzinne męczarnie pełne bólu i cierpienia. ale cóż poradzić, nikt nie jest przecież doskonały.

Moja maszyna do zabijania i zadawania tortur ma na imię Misio i wygląda tak:

Upss zdjęcia nie będzię bo aż takich uprawnień to ja tu nie mam… :(

Kiedy Misio do mnie trafił wyglądał jak bardzo mały kotek z nieproporcionalnie dużym baniakem. Na szczęście dość szybko okazało się, że Misio jak najbardziej trzyma proporcje, a jego a pysio w stosunku do reszty ciała wygląda wręcz za szczupło.

Tak więc misio to kawał kocura. Ma to jedną zdecydowaną zaletę. Jedyną osobą która jest w stanie Misia unieść jestem ja , a Misio lubi być na rąsiach. Ja wykorzystuje ten moment, żeby Misiowi poszeptać do uszka.

- Widzisz Twój pańcio znów trzyma cię znów na rąsiach…. a Twoja Pancia nigdy Cię nie podniesie.

Tak piorę Misiowi mózg, ale to tylko dlatego, że ja kocham Misia miłością czystą i bezinteresowną. Natomiast miłość Misia do mnie jest wprost proporcionalna do ilości suchego jedzenia jakie dosypuje do jego miski.

A skoro zacząłem o miłości to będzie lepiej jeśli już skończę. Bo od miłości do seksu tylko jeden krok, a seksie miałem nie pisać.

Z harcerskim pozdrowieniem
Pan Księżyc.

Starsze wpisy »

Kategorie