Zawsze wiedziałam, ze jestem czarownicą… Pierwszy symptom…. A nie, zacznę inaczej.
Ostatni symptom – jadę sobie z dziecięciem, samo centrum miasta… Ruch na ulicy jak jassssna cholera. skręcam sobie z podporządkowanej, ruszam żwawo, bo mam wolne, a tu nagle, zaraz za skrzyżowaniem lezie ulicą BABA. Mówię lezie, bo lazła jak krowa, powoli, posuwiście, żrąc loda i starannie unikając patrzenia na lewo, skąd zbliżała się do niej śmierć w postaci rozpędzonego autka.
Nożeszkurfamać!!!!
Całe szczęście, że na mnie trafiło, bo genialnie prowadzę i nie zabiłam baby. A jakby tak trafiło na tego co rusza z piskiem opon i kark ma równy z głową??? Przez zamkniętą szczelnie szybkę rzuciłam w kierunku baby wiązankę barwną, nie bacząc na uszy progenitury siedzącej z tyłu na foteliku obute w słuchawki. Każdy mądry wie, że kierowca bluzgnąć czasami musi, bo czasami gdzieś parę trzeba spuścić i lepiej, żeby to nie był pedał gazu. Wiązanka puszczana przeze mnie, poza diagnozą stanu umysłu baby zawierała też najserdeczniejsze życzenia… No wiecie… No i baba w tym momencie dochodząc do krawężnika, jak nie zahaczy, jak się nie potknie, jak nie padnie na tors z lodem na klatce piersiowej! Było się narażać czarownicy się pytam?
A wszystko zaczęło tak jak się to zwykle zaczyna. Urodziłam się jako posiadaczka tzw. czepka na głowie. W sensie dosłownym. Takie coś z błony płodowej co to się powinno rozpaść przy porodzie, ale czasami, bardzo rzadko się nie rozpada. O takich jak my, mówi się “w czepku urodzeni”. Zaraz po urodzeniu, znaczy jakieś 3 miesiące później rozejrzałam się już po świecie i stwierdziłam, że ja jednak rezygnuję, wolę na tamten… Ale nie, Matka się uparła, to co, że wszyscy położyli na mnie lagę, że autorytety jej wciskają, że już nic ze mnie nie będzie. Matka ma charakter, co jej tu będzie gówniara rządziła w życiorysie. Sprowadziła lekarkę do domu, siedziały przy mnie 3 dni i trzy noce, po których byłam zmuszona zmienić zdanie i zostać na tym łez padole. Lekarka ponoć wzięła mnie na ręce, podniosła i powiedziała: “normalna to ty dziewczyno nie będziesz”.
Nie będę opisywać różnych ciekawych zdarzeń, które doprowadziły mnie do wniosku jak we wstępie, ale opowiem o jeszcze jednym.
Matka miała w pracy przełożoną. Jak większość przełożonych stanowiła ona przykład niczym niezmąconego braku rozumu. I ta przełożona, poinformowana przypadkiem, do jakiej to dalszej edukacji zabiera się Jędzunia, powiedziała do Matki takie słowa “no ja nie wiem Pani Matko, czy córka sobie tam poradzi, bo wie pani, inteligencja, to jest dziedziczna” (urocze, prawda?). Bluzgnęłam sobie wóczas solidnie i również złożyłam tej pani najserdeczniejsze życzenia. I co? I po odpowiedniej edukacji oraz po właściwym czasie, to ja zostałam przełożoną tamtej przełożonej. Szkoda tylko, że Matka już na emeryturze.
Nie ma tu grama ściemy, wielokrotnie się sprawdziło, moje najserdeczniejsze życzenia się spełniają w sposób nierychliwy, bądź też natychmiastowy (patrz – lody na gorsie). Dzisiaj jeszcze nic nikomu nie życzyłam.
z NAJSERDECZNIEJSZYMI życzeniami
Jędz@


